piątek, 12 lipca 2013
Dziękuję!!
Dziękuję za wasze wsparcie, za słowa otuchy!! Synek jest po operacji, ma się dobrze. Nie operowali go w Częstochowie.Wczoraj wywiozłam go w nocy do Chorzowa pod opiekę do Kliniki. Wspaniali lekarze i opieka, profesjonalnie zoperowana rączka. Teraz jest z nim tatuś, ja musiałam wrócić do córki i zwierząt. Ciężko mi ale wiem, że jest pod dobrą opieką.Odbieram go w poniedziałek. Nareszcie będzie z nami w domu.Mimo, że jestem 38 godzin bez snu , na nogach, po przebytej podróży w obie strony nie mogę zasnąć i wciąż jestem myślami z nim. Cały stres i adrenalina chyba wciąż mnie trzyma.
czwartek, 11 lipca 2013
Gdy mnie nie będzie....
będę spędzać czas przy łóżku mojego synka, ocierać mu łzy gdy będzie go bolało, będę czuwać w białych ścianach.Mój biedny synek. Nie w swoim łóżeczku, nie pod swoją ukochaną kołderką.... Jutro będę przeżywać ciężkie chwile, mój czteroletni synek będzie miał poważną operację ręki. Nie czuje się na siłach mówić o szczegółach może jak miną te trudne chwile, jako matce pęka mi serce na myśl co go czeka.
Na pewien czas zniknę. Pozdrawiam
Na pewien czas zniknę. Pozdrawiam
wtorek, 9 lipca 2013
Coś dziwnego?? :)))
Ja grabię w duże kopki, Tomek widłami ładuje siano na przyczepę i dumne siedząc na swym kładzie (którego ja nazywam Pierdziołkiem) zwozi je do stodoły. Później przerzucanie siana pod sam dach stodoły i wieczorem z ledwością wracamy do domu. Mimo wszystko praca się nie kończy, Tomek szykuje i kąpie dzieci przed snem a ja doję i karmię na noc. Powracam do domu tuż przed zmierzchem a jeszcze sery trzeba zrobić. I tak od kilku dni wciąż na pełnych obrotach. Jak już oblepiona jestem od potu i gryzących nasion traw grabiąc myślę, że tylko dwa trzy dni i jak położę się na hamaku nikt siłą mnie nie ściągnie!!!Jeszcze tylko trochę, jeszcze tylko trochę -myślę.A siana cały czas tyle samo jakby w ogóle nie ubywało. Z hektara spokojnie w tym roku zbierzemy ponad tonę gdyż przeciągnięcie się pierwszego pokosu do lipca doprowadziło, że trawa była wysoka do 1,5 metra. Nudny wstęp prawda? Nie o sianie chce dziś pisać ale o czymś co mnie spotkało nad ranem. Rano wyszłam przed dom kierując się w stronę do zagrody, z dala już zauważyłam, że na okólniku coś się poruszyło. Od razu pomyślałam, że te moje szelmy coś wykombinowały i wydostały się z zagrody na okólnik ale to nie były one. Czekały już na mnie, od kilku dni wiedziałam że do mnie dojadą ale nie wiedziałam, że tak niespodziewanie. Znajomy je zostawił i wrócił później zastając mnie na pastwisku gdy zdejmowałam linki pastucha. Po chwili rozmowy zapytał- Chcesz jeszcze jedną dojną? Oczywiście! od razu się zgodziłam. I tak po godzinie kolejna była u mnie.Nie kupiłam ich ale są u mnie, można nazwać to nawet prezentem. Coś w stylu dzierżawy na czas nieokreślony. Bo tak to już jest jak dwie osoby nie potrzebują konkretów. Rozmowa, propozycja, zgoda i realizacja. Po co zbędnie doszukiwać się drobnostek? To jest kwestią wzajemnego zaufania i pewności co do drugiej osoby. Ja mam u siebie te wspaniałe istotki oraz jego pięknego i powabnego który będzie na rozród dla moich kóz a znajomy ma coś na czym mu zależało. Choć dokładnie nie wiem co heheh nie pytałam. Wiem, że problem pokrewieństwa wiem że ma kolejnego kozła do rozrodu tej samej rasy i nie mogą być razem. To wiem a reszta ?? Jest zbędna! Kwestia zaufania.
I tak przedstawiam Wam kochani piękne kozy i kozioł rasy Anglo-nubijskiej!!! :))))
Absolutnie zmieniam zdanie co do kozłów, po prostu nam się źle wcześniej trafiło. Boguś jest boski!! Łagodny, spokojny totalnie obdarty z agresji!! Moje dzieci go uwielbiają i dosłownie chodzą za nim krok w krok. Śmiać mi się chce gdy mówią, że to ich Boczuś hehehhehehe :))) Trzymacie się!! Pozdrawiam!!!
niedziela, 7 lipca 2013
Czarno na białym
W takich sytuacjach wiadomo kto potrafi cieszyć się z naszych małych i dużych sukcesów. Wychodzą wtedy na jaw intencje ludzi i ich empatia do drugiej żyjącej istoty. Większość osób z mojego otoczenia cieszą się wraz ze mną z poczynań i każdego nowego kroku Mai ale są i tacy których absolutnie to nie interesuje. Szczerze aż dziw bierze, że nie robi to na nich wrażenia.Nie umiałabym tak podejść do cierpiącej istoty w tej kwestii kozuli i nie umieć cieszyć się z każdego nowego błysku w jej oku czy też nowych osiągnięć jakie poczyniła w trakcie leczenia.Od razu widać po człowieku któremu opowiadam, że jest to dla niego dość nudny temat, że z chęcią by skończył ale kulturalnie ze znudzonym wyrazem twarzy słucha co do niego mówię. Są i tacy którzy szczerze pytają czy nie można by było porozmawiać o czymś innym.Odczuwam wtedy dość spory żal, nie ze względu że ktoś nie chce mnie wysłuchać ale przede wszystkim z powodu jakie puste jest jego życie bez emocji.Na szczęście są i dobrzy ludzie którzy jak wy wspierają mnie w leczeniu Mai oraz na miejscu którzy wręcz pomagają i dobrym słowem. Jak np. mój znajomy który mimo niedzieli przywiózł mi z samego rana Velbazen 10% na odrobaczenie przeciw motylicy. Środek ten jest trudno dostać w jednej dawce jeśli chciałabym zakupić musiałabym duży pojemnik za 200 zł który by starczył na stado chyba 200 kóz. Także wdzięczna jestem za takie gesty pomocy i wparcia chociażby przez telefon pytając mnie jak się czuje kozula. Dla mnie leczenie Mai jest ogromny sukcesem, nie tylko że muszę działać sama ale i przede wszystkim wiem jak działać i z czym walczę. Dziś przełom ogromny, koza wstawała sama nie upadała na ziemie niczym kłoda, silnie stała na nogach i jadła zielonkę. Co chwilę jak nie ja to babcia z krzykiem : "-Patrz stoi !! - Patrz chodzi!!!"
Niesamowite tym bardziej, że polazła mi w róże i objadła kilka kiści zanim dobiegłam. Róże odrosną a ja przynajmniej jestem zadowolona że wraca jej typowe łobuzerskie kozie podchody :) Maja musiała iść na łańcuszek, długi ale jednak! Bo zjadłaby mi wszystko a tego bym nie przeżyła. Bądź co bądź ale nad ogrodem kwiatowym się trochę napracowałam ehhehe. Mimo łańcuszka ładnie chudziła i jadła. Jestem bardzo ale to bardzo zadowolona :) Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i dzięki wielkie za wsparcie!! :))))
Niesamowite tym bardziej, że polazła mi w róże i objadła kilka kiści zanim dobiegłam. Róże odrosną a ja przynajmniej jestem zadowolona że wraca jej typowe łobuzerskie kozie podchody :) Maja musiała iść na łańcuszek, długi ale jednak! Bo zjadłaby mi wszystko a tego bym nie przeżyła. Bądź co bądź ale nad ogrodem kwiatowym się trochę napracowałam ehhehe. Mimo łańcuszka ładnie chudziła i jadła. Jestem bardzo ale to bardzo zadowolona :) Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i dzięki wielkie za wsparcie!! :))))
| Cynamona z ciekawości się przyglądła |
| A Tola jak Tola jadła i jadła :) |
sobota, 6 lipca 2013
Dwa kroki do przodu.
Miałam napisać na końcu ale nie mogę się powstrzymać :))))) Maja dziś wstała sama o własnych siłach, przeszła pół podwórka, pojadła na stojąco chwile i się położyła. Szkoda, że nie widzieliście mojego dziwnego tańca radości ahhahahah :)))) Czyli dobrze zdiagnozowałam i wiem by dalej działać w moim leczeniu. Dziś więc post na wesoło i same dobre wieści. Wyległo się kolejnych 9 kaczuszek pod kurką oraz jedna z jaj padłej mamy. Tzn że jaja nie przymarły i będą się wykluwać dalej :) Podsmarowując mam 20 młodych kaczuszek biegających po podwórku :)))
Wreszcie zaczęły się sianokosy, sąsiad skosił swój hektar a ja od dwóch dni obracam by dobrze wyschło. Planuje w poniedziałek ściągnąć siano do stodoły :) Tym razem będzie mi trochę lżej bo zamiast na plecach w plandece będę ścigać sobie wózkiem. :)))
Zakwitła u mnie juka, niby juka jak juka ale ta jest niespotykana. Jeszcze takiej nie widziałam.Łodyga ma ponad 1,5 metra i piękne duże kwiaty. Wcześniej kwitła ale marnie, widać kozi obornik na zimę dał swoje owoce :)
I tak mi latają nad głową nowi obserwatorzy :)
Pozdrawiam wszystkich :)
Wreszcie zaczęły się sianokosy, sąsiad skosił swój hektar a ja od dwóch dni obracam by dobrze wyschło. Planuje w poniedziałek ściągnąć siano do stodoły :) Tym razem będzie mi trochę lżej bo zamiast na plecach w plandece będę ścigać sobie wózkiem. :)))
Zakwitła u mnie juka, niby juka jak juka ale ta jest niespotykana. Jeszcze takiej nie widziałam.Łodyga ma ponad 1,5 metra i piękne duże kwiaty. Wcześniej kwitła ale marnie, widać kozi obornik na zimę dał swoje owoce :)
I tak mi latają nad głową nowi obserwatorzy :)
Pozdrawiam wszystkich :)
piątek, 5 lipca 2013
Głowa do góry!
Pani Moniko - jeśli Pani tak zdiagnozowała to tak na pewno musi być! Da sobie Pani sama radę - jak zawsze!". To odpowiedział mi weterynarz przez telefon. Niestety choroba go zmogła i nie może mi pomóc. A więc podsumowując, jaka jest moja diagnoza zalegania Mai? Oj jest tego sporo....Zarobaczenie ( podejrzewam motylicę i na dniach mam dostać środek od znajomego w zastrzyku),. anemia i to poważnie zaawansowana- zakupiłam dziś żelazo, a że u weterynarza nie było dostępne zakupiłam najdroższe i najlepsze kapsułki dla ludzi w aptece. Postanowiłam kapsułki otwierać (gdyż rozpuszczają się w naszych kwasach żołądkowych a nie w żwaczu) i robię wlewy bezpośrednie do żwacza.Kolejna diagnozą jest absolutny brak witamin i minerałów w organizmie. Mam specyfik w zastrzyku do mięśniowo i mam podawać 3 dni z rzędu. Efekt powinien być widoczny za 3 dni , Maja jak nie wstawała tak nie wstaje. Nosze ją, przesuwam , obracam i masuję.Czekam na rezultat.Choć oczy już nie są mętne( jakby za mgłą) tylko rezolutne i ciekawe jak na kozę przystało . Musi być dobrze!!! Nic u mnie nie padło i nie padnie!!
czwartek, 4 lipca 2013
Przygnębiający widok sielskiego życia
I jak życie się przeplata ze smutkiem i radością tak samo życie na wsi nie jest temu obce. Gazetowe wycinki o sielskim życiu na wsi to absolutna bzdura i nie warto wierzyć naciąganym słowom. Niby tak spokojnie u mnie niby tak sielsko ale zawsze coś się dzieje i nie zawsze jest to dobre.Chyba dziś same złe wieści, jedna gąska dwa dni temu została zaatakowana przez psa sąsiada. Dzięki pastuchowi uniknęła śmierci. Przeszła gdzieś pod pastuchem i poszła pojeść trawki do sąsiada dorwał ją tam znienawidzony przeze mnie pies. Udało jej się wyrwać i przeskoczyła pod pastuchem ale pies zdarzył zrobić jej kilka poważnych ran. Uszkodził jej nogę ale była w dobrym stanie. Opatrzyłam ją i umieściłam w osobnym boksie by przeczekała do czwartku gdy przyjedzie do mnie babcia która mogła by się na ten czas zająć dziećmi gdy ja bym zabrała się za ubój. Niestety nie doczekała, bo mój szalony, wredny i bestialski kogut dobił ją dziś rano. Gdy rano ją widziałam miała się dobrze po kilkunastu minutach wróciłam po nią by umieścić ją na trawie już nie żyła. A kogut jeszcze dziobał ją w głowę siedząc na jej plecach. Prawie już byłam zdolna ubić gnata ale się powstrzymałam. Gąska stracona. Druga zaś gęś dziwnie zachorowała, dosłownie oślepła. Oczy zaszły jej jakby bielmem a wokół dzioba napuchło jakby było wypełnione jakąś cieczą. Leczyłam ją czym mogłam, zakrapiałam oczy świetlikiem i rumiankiem. Nic nie pomogło aż oślepła całkiem. W piątek idzie na ubój, chyba że ktoś ma jakąś dobrą rade w uleczeniu gąski?? Co do kózki...Maja moim zdaniem jest jedną nogą na tamtej stronie i chyba nie chce wrócić. Po tygodniowej walce z biegunką jaka ją dręczyła mimo ustąpienia i wyleczenia Maja położyła się i już nie chce wstać. Końskie dawki wapnia do mięśniowo nie działają. Maja leży a gdy chce wstać upada w połowie bezsilnie. Stawiam ją na nogach , trzymam masuję i nic. Nawet wykąpać jej nie mogę po tych ostatnich dniach biegunowych sensacjach. Apetyt ma ale cóż z tego jak wstać nie może?? Czuję się bezsilna, i mam żal do siebie że znów wplatałam się w taki stres :( Czemu ja sobie to robię???Świata nie zbawię!!! Zaczynam się nie rozumieć. Faktem jest , że jak wymieniałam się na kózki znałam absolutnie inne fakty na temat jej zdrowia.Nie spodziewałam się takich sensacji... Nic więcej nie mogę zrobić, jeśli ma żyć żyć będzie. Na trawkę praktycznie ją niosę na rękach.Tola otacza ją troskliwą opieką, zanim dobiegłam do domu po aparat już było po, szkoda że nie możecie zobaczyć jak Tola starła się głową podnieść Maję.
(Ps. dźwięk w tle-Pracujący T.)
I tak cały czas leży, widok mnie przygnębia. Co mogę zrobić więcej??
(Ps. dźwięk w tle-Pracujący T.)
Subskrybuj:
Posty (Atom)