wtorek, 29 lipca 2014

Żegnam Cię ......

Czas spojrzeć prosto w oczy prawdzie, że mój blog zakończył swe istnienie.... Czas spojrzeć prawdzie w oczy, że do podobnego życia nie wrócę- na pewno nie przez parę lat. Czas spojrzeć prawdzie w oczy, że nie umiem żyć bez pisania. Tylko że już nie tutaj... Nie mam o czym dalej opowiadać. Już nie zbieram czarnego bzu, nie wącham kwiatów akacji, nie uczestniczę w narodzinach, poczęciach i życiu na wsi. Życie jest ciężkie, życie jest testem wytrzymałości. Ja się nie poddaję, a jeśli Wy nie podajecie się razem ze mną i nadal chcecie żyć- choć częścią mojego życia- zapraszam na mój nowy blog. Nowy blog będzie o zmianach o trudnościach o życiu. Nie będzie opowiadaniami życia miejskiego , będzie odzwierciedleniem moich przemyśleń. Jeśli ktoś jest zainteresowany proszę pisać do mnie na e-mail przedstawić się Nickiem z blogowego świata a wyślę zaproszenie z linkiem. Chciałabym też zadbać o swoją prywatność i by nie była dostępna moja pisanina dla ogółu. Trzymajcie się , pozdrawiam wszystkich czytelników "Powrotu..."- bloga nie skasuję niech trwa , może komuś pomoże czasem w walce o marzenia, da coś przemyśleć nad czymś się zastanowić. Jak można walczyć jak można tracić i się dalej podnosić i iść do przodu. Mimo wszystko..... Pozdrawiam.

Link na bloga http://opowiadania-wolnachwila.blogspot.com/?zx=78f166e614d36a32

wtorek, 24 czerwca 2014

Koziołek Anglonubijski

Teraz bardziej tematycznie według mojego bloga. Jest coś o czym warto napisać, warto się pochwalić. Ten koziołek miał trafić na odchowanie do mnie ale że plany się szybko i radykalnie zmieniły trafił do obecnego właściciela. Koziołek ze "szlacheckim" pochodzeniem prosto ze Słowacji z hodowli Państwa Medeków .


Koziołek jest z linii Luzifer która pochodzi z Austrii. Jego babcią jest Claidia vd Karre. Ojcem koziołka jest  Elite's Boston pochodzący z hodowli Natalii Prochazkiej
Matką Bostona ( czyli ojca koziołka) jest Mikke III a ojcem  Elite's Maybach ( na zdjęciu )


Ojciec Bostona ( n zdjęciu), jest obecnie najważniejszym kozłem reproduktorem w kierunku mleczności w Europie, został zakupiony przez Związek Hodowlany w Holandii. Jego matką jest legendarna Sappho! (6,58-7,3% Tłuszczu!)Normalne kozy maja od 2,9-3,7% Tłuszczu.
Koziołek z tak wspaniałym pochodzeniem trafił do Witkowic do Pana Andrzeja Terenowicza, będzie płodził piękne potomstwo wraz kózkami które nie mają gorszego pochodzenia. Koźlęta będą od 50% do 100% rasowe An. Jeśli już ktoś chciałby kontakt do mojego znajomego proszę pisać na e-mail. Nie mogłam się powstrzymać  od napisania tego postu bo jak można było by chować tak pięknego koziołka tylko dla siebie :-) Pozdrawiam

sobota, 21 czerwca 2014

Komu jest łatwiej w życiu.....

Witajcie , i kolejny raz myśl chodzi po głowie a przyczyny tej myśli wytłumaczyć opowiedzieć nie mogę ( raczej nie powinnam ).Blog ma taką właśnie specyfikę, że im więcej o sobie czy o swoim życiu prywatnym napiszesz tym więcej ludzi wkracza w bardzo prywatne sfery naszego życia.
Jednak są tematy o których chciałabym mówić , np. miłość, nienawiść, mściwość czy też niepoczytalność. Ponoszenie konsekwencji jest jakby fundamentem podejmowania decyzji, jeśli nie jesteśmy tego świadomi przynosi to bardzo negatywne skutki i występują później załamania itp. Istnieją jednak tacy ludzie co w życiu konsekwencji ponosić nie muszą, zawsze ich ktoś ratuje ,pociesza, głaska po głowie i mówi " spokojnie zajmiemy się tym". Kurczę albo ja czegoś nie rozumiem albo jestem asocjalna! Albo jesteś dorosły , działasz, podejmujesz decyzje ( świadomie lub nieświadomie ) i ponosisz konsekwencje swojej decyzji z całym zapleczem raniących igieł ( które nawet jak bolą to uczą życia i wzmacniają nas) albo jesteś dzieckiem które płacze na ulicy bo mu balonik uciekł! Wiele godzin nad tym myślałam, dlaczego takie płaczki mają w życiu łatwiej ? I doszłam do wniosku że im więcej robisz wokół siebie szumu im więcej płaczesz lamentujesz krzyczysz ( czyli zwracasz uwagę na siebie by ci ludzie współczuli) tym więcej ludzi masz wokół siebie, bo chęć zbawiania świata jest cechą którą człowiek po prostu ma  w sobie. Czasem jest to miłość rodzicielska, czasem stare przyjaźnie które się odnawia w moment kryzysu. Najlepiej napisać : " Cześć co u ciebie ? Bo u mnie tragedia" I  chęć ocalenia się rozpoczyna. Trudniej zaś mają ci co przez życie idą z honorem, twardo stąpają po ziemi. Ponoszą konsekwencje swoich działań dumnie, cierpią bo kolejne krzyże idą im na plecy a oni nawet się nie poskarżą. Jest im trudniej są sami bo nie krzyczą jak bobaski w wózeczkach. Ostatnio wiele osób pyta się mnie lub mówi zaskoczona "ale dlaczego wcześniej nic nie mówiłaś? dlaczego teraz wychodzą takie rzeczy na światło dzienne ? - Odpowiedź moja jest bardzo prosta , bo musze ponosić konsekwencje swoich działań. Bo życie to nie sielanka gdzie wszystko jest idealne a jak już coś robisz to angażuj się na tyle by było dobrze. Gdy już jest źle zakończ to z honorem i dumą. I zacznij wszystko od nowa".

Ja zaczęłam żyć na nowo, pracuje i wychowuje dzieci. Staram się by im niczego nie zabrakło. Oddałam się życiu o którym w pewnym momencie zapomniałam. Ogarniam swoje życie i jeszcze ponoszę konsekwencje działań T. które runęły na mnie w ostatnim czasie. Uniosłam to, kolejny raz ale nie rozpaczam nie lamentuje nie użalam się nad sobą po prostu ogarnęłam wszystko tak jak powinnam. Teraz czas iść już swoją drogą, zacząć cieszyć się życiem , chłonąć radość z otaczającego mnie świata ( nawet jeśli jest to miasto). Po prostu zacząć żyć. Dziś dzieci jadą na 2 tygodnie do dziadków na wakacje. Niech się bawią dobrze, teście niech się nimi nacieszą. A ja ? Ja jadę pod Poznań , do kogoś kto jest dla mnie jak opatrunek na ranę. I to jest dla mnie dobrym zakończeniem. Pozdrawiam :-)

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Witam na nowym

Nowe miejsce choć tak mi bliskie. Spędzone dzieciństwo, czas gdy byłam nastolatką, gdy dorastałam stając się kobietą. Chwile które tu przeżyłam są dla mnie na pewno budujące. Czas gdy cała "paczka" znajomych z lat nastoletnich miesiącami a nawet latami spotykała się w tym pokoju dzień w dzień by móc ze sobą porozmawiać, napić się herbaty, pograć w karty. Pośmiać się i czuć, że w naszym gronie nikt nie czuje się gorszy, inny, czy też odepchnięty. Czas w tym mieszkaniu na pewno kojarzę sobie na tyle dobrze, wracając myślami łączy on czas w którym byłam nastolatką a teraz gdy jestem dorosłą kobietą z dwójką dzieci. Na samym początku miałam wrażenie że się cofam, że kończy się moje życie pełne pasji ale myliłam się, szczerze się myliłam. Bo teraz czuję, że każdy mój plan jest wynikiem szczęścia. Gdy wspominam chwile na wsi teraz, w sercu mam ciepło ale nie czuje pustki, nie czuję bólu, raczej radość z przeżytych ostatnich lat w pełnym spełnieniu marzeń. Jak mogłabym teraz żałować czegokolwiek? Jak mogłabym czuć ból jeśli to moje decyzje ?

Pokoik mały, ciasny ale przytulny. To tylko tymczasowe bo w głowie rosną plany, wizje , radość i nawet uczucia które stały się dla mnie dobrym fundamentem spokoju i harmonii. Nic oczywiście w życiu nie przychodzi tak prosto jakbyśmy tego chcieli, nie ważne jak bardzo się staramy zawsze coś staje nam na drodze ale ja szczerze przyjmuje to z pokorą bo wiem że mam na co i na kogo czekać...
Od jutra już pracująca mama, znalazłam pracę i jak dla mnie idealnie dopasowaną godzinowo tak bym nie straciła kontaktu z dziećmi, bym mogła wyjść z nimi na spacer, na plac zabaw i weekendy wybrać się tam gdzie znajduje ukojenie i spokój. Pomyśleć, że człowiek może być tak elastyczny i tak potrafi szybko dostosować się do nowej sytuacji ( oczywiście jeśli tylko tego chce ).... Mój świat oszalał, zmieniło się tak wiele, tak wiele nowych rzeczy i ludzi weszły w moje życie, mogłabym powiedzieć, że ciężko to ogarnąć umysłem. Czy jest mi ciężko to ogarnąć? Dostosować się do nowego miejsca? Do nowych obowiązków ? Myślę że łatwo bo jeśli uważam,  że jest to dla mnie dobre to czemu miałabym czuć inaczej ?

Ciężej jest znieść upał wśród betonowych bloków , asfaltu i wszem obecnych samochodów ale ja mam wybór zawsze mogę wsiąść w samochód i po prostu uciec. Plan na wakacje jest - wreszcie po tylu latach (czyli po 8 latach) wyjadę!!!! Wyrwę się z dziećmi nad morze... może na mazury :-) Jest praca , jest perspektywa, jest plan! Czas zacząć żyć, podnieść się i iść do przodu jak zawsze to robiłam. Dziękuję Wam że nadal jesteście ze mną, może moja przygoda w wiejskim obrazie się zakończyła ale czy nowe jest gorsze ? Wątpię! Przecież tam jest nam dobrze gdzie czujemy się wolni ( choć trochę) i szczęśliwi a ja jestem teraz szczęśliwa i widzę światełko w tunelu. Pozdrawiam!!!!!!!!!!!

środa, 28 maja 2014

Jakie jest życie ?

Jest kruche.... Wszystko co występuje w naszym życiu jest kruche. Miłość jest krucha, otaczająca nas przyroda, mury. Nie ma nic co jest stałe, pełne i pewne do końca. Ostatnio bliska mi osoba zapytała mnie " Jak ty to wszystko ogarniasz, jak dajesz radę nad tym zapanować?" - odpowiedź była bardzo spontaniczna i szybka - "Po prostu nie mam wyboru". Pewnie wiele osób czytając ostatnie moje wpisy zastanawiały się nad ich sensem i nie do końca rozumiały o co chodzi. O szczegółach mówić nie będę, ale jeśli mam jednym słowem napisać na jakim jestem etapie życia to cóż tylko napisać mi trzeba, że rozwód. Absolutnie była to moja decyzja dlatego też działam świadomie i wiem w jaką stronę iść chcę. Może to kwestia pewności a może już etapu życia w którym mówi się głośno DOŚĆ.
Ostatnie dni i godziny na wsi mi pozostały. Choć sercem zawsze będę w mojej pasji, w moim życiu jakie prowadziłam. Jednak na ten moment nie wierzę w nic co mogłaby mnie zaskoczyć. Chyba ten etap życia zamykam przynajmniej teraz, nie mogę jechać do miasta wprowadzać się do pokoju kilku metrowego z dwójką dzieci w nadziei że kiedyś, że już niedługo będę znów robić to co kocham. Już w to tak nie wierzę, nie dlatego że stanęłam w miejscu i opuściłam dłonie ale dlatego że znam życie. Znam realia, znam ludzi, znam siebie. Tym bardziej, że ja wiem jaka jestem , wiem jak patrzą inni na ten rodzaj życia w jakim ja czuję się najlepiej. Tacy ludzie jak ja to nic innego jak "Wariaci", ludzie oderwani od norm życia . Bo jak można się tak ograniczać? Jak można się tak ścierać ? Dlaczego ? W jakim celu? Ani nie wyjdziesz na wakacje, ani nie odpoczniesz... Nic tylko praca i praca... Tak myśli w większość ludzi gdy opowiadam o sobie. Mają racje ? W sumie mają ale nie rozumieją jednego że to część mnie, cała ta praca całe to życie było częścią mnie. Pasją i życiem , idealną częścią układanki mojego życia. Już nie jestem tak spójna bo te elementy trzeba było odłączyć ale nie zmienia to faktu, że myślę inaczej. Po prostu odwracam się od tego by nie bolało. Wiele osób widzi po mnie teraz ogromną zmianę, mają wrażenie że odżyłam że się zmieniłam. Wcale tak nie jest, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Tylko Wariat Wariata zrozumie....
Dwa dni i przeprowadzka, część tobołów wywieziona. Nawet teraz siedzę wśród toreb i kartonów. Czy żałuję ? Nie absolutnie nie, bo nigdy nie działam pod wpływem chwili. Zanim podejmę decyzję muszę być jej 100% pewna. I tak teraz jestem, wręcz czuję radość że tak jest a nie inaczej. Tak samo podchodzę do nowości, po prostu obserwuję, nie nastawiam się nie planuję tylko patrzę i czekam na rozwój sytuacji. O życiu prywatnym nigdy się nie rozdrabniałam na blogu, pewnie wiele osób pomyśli no jak ? Przecież było tak dobrze , co zmieniło jej nastawianie? Do tej decyzji dorastałam 1,5 roku. Nie jest to działanie pod chwilą, nie w złości, nie w zemście. Po prostu w pewności i na spokojnie. Życie to czas który nabiera prędkości w napędzie naszych działań.
Pozdrawiam

niedziela, 18 maja 2014

Czas......

Powoli żegnam się ze wszystkim, czasem przychodzą słabsze dni gdy żal aż dusi a czasem siła i chęć napędowa daje mi tyle możliwości że nie oglądam się za siebie. W tamtym tygodniu  wykluły się u mnie gąski i kaczuszki pod kwoczkami. Piękny był to choć chwilowy obraz gdyż dzień po wykluciu wywiozłam je do Jakuba. Dziś wyjechały ostatnie moje kozy, w tym moja Mela..... Było bardzo ciężko. Inaczej tego opisać się nie da. Nie chcę się rozczulać ani nad sobą ani nad sytuacją. Sama tę decyzje podjęłam więc musze ponieść jej konsekwencje. We wtorek potencjalny klient ma obejrzeć Tolę. Wtedy już prócz kur nic nie zostanie.... Stajnie , boksy widnieją pustkami. Tylko wiatr gwiżdże w tej przestrzeni. Nie długo ten dom zacznie widnieć pustkami, będzie nadal trwał tylko beze mnie i dzieci. Dnia 31 maja wyprowadzam się , przyspieszony termin. Taka była moja decyzja. Taki nadejdzie czas próby dla mnie i dzieci. Nowa droga. Będzie to koniec Powrotu do tradycji z kozami w tle dając początek nowym realizacjom. Może kiedyś uda mi się wrócić do pasji, do życia na wsi. Na razie musze żyć tak jak muszę, a nie jak chce. Jak się mówi : "Czasem trzeba zrobić krok do tyłu by móc iść do przodu". Pozdrawiam serdecznie

środa, 30 kwietnia 2014

Kruszy się mój świat.....

Jakiś czas temu znajoma zapytała mnie wprost :" Jeśli chcesz zmienić swoje życie pomyśl wpierw co możesz dla tego poświęcić".
To chyba było najlepiej skonstruowane pytanie i najmądrzejsze zarazem gdy ja biłam się ze swoimi myślami. W tamtym roku nie byłam gotowa by poświęcić cokolwiek z tego co mnie otaczało czyli moją wieś, gospodarkę na poczet rozwoju czy szczęścia. Jak człowiek tonie chwyta się każdej deski ratunku dlatego też plany z wyprowadzką i kupnem nowego domu były dla mnie takim napędem. Plan legł w gruzach a ja zostałam z tymi problemami w sumie sama. Teraz decydując się na takie poświęcenie kruszy się mój świat, mam wrażenie że rozbieram swój obraz niczym puzzle po kolei. Czy jestem na to gotowa ? Myślę, że tak ale ile mogę unieść i poświęcić? Zdawało mi się, że jestem na tyle silna że podołam, nadal tak twierdzę ale co będzie za kilka miesięcy nikt tego nie wie. Teraz zaczynam rozsypywać się po trochu ale upominam się , stawiam się na równe nogi i nie rezygnuję.
Wszystkie koźlęta w tym także koziołki znalazły dobre domy, Basia i Cynamona pojechały pod Wrocław do naprawdę fajnych ludzi z pasją. Kaczki , gęsi, Panwuuu ( czyli baranek) i owieczka która urodziła się u mnie pojechały do Jakuba, który okazał się dla mnie deską ratunku jak i ogromnym wsparciem. Za co mu bardzo dziękuję!!!!
Dziś był ubój dorosłej owcy, druga zaś w poniedziałek. Zależało mi na mięsie dla dzieci ze sporym zapasem. Nie byłam wstanie jej ubić dlatego poprosiłam znajomego, dosłownie nie czułam się na siłach. I dobrze przeczuwałam , gdyż po uboju wypłakałam wszystkie łzy które do tej pory wstrzymywałam. Nie myśląc wsiadłam w samochód co okazało się ogromnym błędem. Jechałam do Jakuba z ostatnią owieczką na sprzedaż. Nie mogłam wstrzymać łez , straciłam panowanie nad samochodem. Poślizg , pisk opon i z ledwością wyprowadziłam samochód na prostą unikając wbicia się w rów. Zjechałam na pobocze i płacz niczym potok słów. Chyba było to najbardziej nie rozsądniejszym działaniem w moim całym życiu by w takim stanie wsiadać za kierownicą!!!
Trzymam się tylko czasem chwile słabości biorą górę. Wiosna w rozkwicie a ja gdzieś w myślach błądzę i szukam wyjścia. Dziękuję za e-maile i komentarze. Pozdrawiam Was serdecznie.

środa, 23 kwietnia 2014

Poświątecznie.....

Minęły święta, wybaczcie że życzeń nie dałam w poście . Zabieganie- ale to nie jest moim usprawiedliwieniem, po prostu Internet co chwilę się odłączał i mijało się to z cudem i moją cierpliwością. Przeszły przez wieś pierwsze burze, trawa może ruszy. Patrzę na to pastwisko trochę z żalem, trochę z przerażeniem. Oby tylko rosła dzięki tym deszczom i słońcu które znów rozpieszcza nas ciepłem. Święta minęły spokojnie , mimo na okoliczności były spokojne. Teście przyjechali, można było wszystko spokojnie przedyskutować. Oswoić się z decyzjami. Łatwo nie jest ale życie ma swoje scenariusze i mimo iż się bardzo staramy nie zawsze wychodzi jakbyśmy chcieli. Świat tak dziwnie jest skonstruowany, że jeśli masz zbyt wiele zaraz po drodze gubisz najważniejsze rzeczy i nawet tego nie zauważasz. Nadszedł "Lany Poniedziałek"- słoneczko , spokojne gotowanie obiadu , dzieci biegające z pistolecikami na wodę po podwórku. No normlanie sielanka a tu przez okno w kuchni widzę wbiegających trzech facetów z wiadrami. Biegiem zamknęłam drzwi i okna ale gdzie tam, przedarli się od tyłu domu a dokładnie przez kotłownie z pomocą Tomka wyrwali zawias w drzwiach i wyciągnęli mnie na dwór. Stałam na ganku będąc oblewana wiadrami zimnej wody. Uśmiałam się strasznie bo ta tradycja jakby nie było daje dużo uśmiechu. Mokra ale rozbawiona wróciłam do domu :-)
Sprzedałam już wszystkie koźlęta, wczoraj odjechał ostatni koziołek do Zawiercia, w sobotę znajoma z Kalisza odbierze ostatnią kózkę którą zamówiła. Także w sobotę odebrana zostanie Basia, szefowa stada. Zostanie mi 8 kóz dojnych do końca czerwca. Mela, Mysza i Maja już zamówiona przez Jakuba. Wyceniłam tylko dwie , Meli nie jestem wstanie i jej nie umiem sprzedać. Po prostu ją oddam. I wiem, że po nią kiedyś wrócę. Nawet po to by na "emeryturze" odeszła u mnie. Najbardziej zależy mi na sprzedaży Toli, nie jest mi ciężarem po prostu wolałabym by pasła się na dorodniejszym pastwisku niż to moje. Muszę ją uwiązywać po podwórkach, po sadach by mogła pojeść.
Na sprzedaż mam także baranka wrzosówkę PanaWuu i Malusią z ostatniego wykotu.
Dziś zrobię kilka zdjęć więc utworzę post z ofertą. Do końca czerwca chcę sprzedać całość stada, na pewno nie mam chętnych na Cynamonę ( o dziwo!!) więc jeśli ktoś by chciał zakupić ją pod koniec czerwca (koło 20 ) to zapraszam na emaila. Cynamona to córka najbardziej mlecznej kozy w stadzie czyli Meli ( w szczycie daje nawet 4-5 litrów) , Cynamona ma dwa lata jest 50% Alpejką po rodowodowym ojcu.
Przypominam o mojej Czarnulce , jej los jest wątpliwy. Jeśli ktoś chciałby ją przygarnąć , oddam za przysłowiową złotówkę byle by nie musiała trafić na ubój. Przepuklina dzięki Gabrysi i jej pasowi wciągnęła się więc nic jej zdrowotnie nie zagraża. Byle by nie była kryta kozłem. Ona czeka z wielką nadzieją na nowy dom.
I tak realizuję swój plan, powoli sprzedaję moje kochane zwierzaki. Nie jest mi łatwo ale jednocześnie czuję, że to co robię jest słuszne. Mam pewne plany na przyszłość ale na to trzeba czasu. Kochani jak ja ruszę z hodowlą za rok dwa to z takim rozpędem, że aż będzie się kurzyło :-D Byle by myśleć pozytywnie i do przodu. Nigdy się nie poddaje, nigdy nie rezygnuje z życia pełną parą i tym razem tak robię. Trzeba wiele poświęcić ale ma się jedno życie i tym się sugeruję. Wiem że działam teraz bardzo szybko ale  myślę o dzieciach i przeprowadzka musi odbyć się latem by mogły do września się oswoić i nauczyć życia w mieście.
Mam nadzieje, że święta przeszliście rodzinnie i spokojnie, u nas na wsi dwie ogromne tragedie . W Poniedziałek tragiczny wypadek dziadków wracających z cmentarza. Samochód cieli na trzy części by ich wyciągnąć. A wczoraj młody 18 letni sąsiad zabił się na naszej ulicy na ścigaczu który dostał w prezencie od rodziców przed świętami. Kilka dni jazdy i koniec życia młodego chłopaka. Rodzice przeżywają tragedię. Jedynak, młody, fajny chłopak miał zdawać maturę. Przepłacił gorzko tę adrenalinę i brak zastanowienia się rodziców na zakup takiej maszyny. Szkoda chłopaka. Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za Wasze emaile i komentarze. Buziaki!!!!!

wtorek, 15 kwietnia 2014

Zmiany

Witajcie
 ostatnio mam sporo osobistych problemów dlatego tak cicho na moim blogu. Wiele osób z mojego otoczenia mogą powiedzieć, że zmiany te są na gorsze ale ja osobiście już teraz mam do tego inne podejście. Tak , dokładnie życie to stos kompromisów. Momentów gdy trzeba zrezygnować ze wszystkiego by odnaleźć szczęście, ukojenie czy też swoje miejsce. Stracone pole czy wiele innych czynników przyczyniło się do tego że postanowiłam radykalnie zmienić swoje życie. Nie uciekam , myślę że stawiam czoło problemom nie zakopując ich pod dywan unikając, że nie istnieją i wierząc że kiedyś się sprawa wyprostuje czy też wyjaśni. Oczywiście to bardzo prywatne sprawy więc jak na razie ani nie jestem gotowa o nich pisać i także uważam że było by to niestosowne. Świat mi się zmieni, zmienią się mury zmieni się otoczenie ale nie poddaję się i wierzę że kiedyś wrócę do swoich pasji, marzeń i planów. Będą czekać w zawieszeniu na moment gdy otworzą mi się drzwi na nowe życie. Może jestem marzycielką , nieodpowiedzialną ale naprawdę wierze że wrócę do tego co kocham. Co dało mi szansę na odkrycie siebie, swoich możliwości i talentów. Świat się nie kończy jedynie daje szansę na coś innego. Tak więc trochę niedoinformowanych Was zostawiam przy tym poście ale wybaczcie inaczej nie powinnam. Tak więc Maleńka pojechała do nowego domu, Basia czeka na nowy już "zaklepany " dom, Tola jest gotowa do sprzedaży. Szkoda mi bardzo i nie powiem serce mi pęka ale wyboru nie mam. Toleńka czeka na nowy dom, jeśli ktoś zna kogokolwiek kto chciałby zakupić 50% jałówkę rasy Jersey to pisać do mnie. Cena nie będzie wygórowana , można ze mną negocjować byle by trafiła w dobre i odpowiedzialne ręce. Kozy trzymam do sierpnia , do 1 września chcę sprzedać całe stado. Także daję znać by móc mieć możliwość wyboru gdzie dotrą. Mela moja ukochana wspaniała koza trafi do Jakuba. Będę miała do niej blisko by ją pomiziać czasem za uchem. Tak rozrywam sobie serce, powoli ale skrupulatnie je rozrywam na poczet siebie. Ciężko jest stać na takiej granicy gdy robi się coś dla siebie a jednocześnie łamie sobie człowiek serce sam na własne życzenie. Decyzja przygniata , czasem łzy polecą, czasem zranią bliscy gdy słyszą co chcę zrobić. Nikt nie słucha, bo słuchać nie chce ale jeśli ja kobieta dałam radę przez te lata osiągnąć tak wiele, czasem pod oporem bliskich krytykujących mnie w to co robię w to co wierzę, to wiem że dam radę!! Łzy kiedyś otrę , a smutek zastąpi radość. Wierzcie mi czy też nie stoję w sytuacji bez wyjścia i łatwo mi nie jest. Sery nadal sprzedaję, oczywiście wysyłki dopiero po świętach bo auto padło całkiem a do poczty z 10 km tak więc proszę o zrozumienie w opóźnieniach. Trzymajcie za mnie kciuki bo będzie mi to teraz bardzo potrzebne. Mówi się że od obcego więcej otrzymasz wsparcia i zrozumienia niż od rodziny. Pozdrawiam Was serdecznie !!!

sobota, 5 kwietnia 2014

Sezon rozpoczęty !!

Sezon na sery rozpoczęty :-)



Sery podpuszczkowe czyste lub z dodatkami ( zioła , czosnek niedźwiedzi, oliwki, orzechy, suszone pomidory itp.) Kto co lubi :-) Sery wędzone czyste lub z ziołami, oscypki, sery dojrzewające świeże lub wędzone, sery w oliwie z ziołami, dojrzewające w liściach orzecha włoskiego lub winorośli, Ricotta, Feta, Mozzarella. Taki jest plan na nowy sezon serowy :-). Chyba że znów padnę na coś nowego do odkrycia ;-)

środa, 2 kwietnia 2014

Wojna

Mówi się że pech i nieszczęście chodzi parami, ja bym powiedziała że za mną ciągnie się jak rzep psiego ogona i mimo iż nie raz są wzloty zaraz szybko ściąga mnie w dół. To dość zawiłe i ta cała historia chyba musi być opowiedziana od początku by efekt końcowy dało się zrozumieć.

Gdy pojawiły się u mnie pierwsze kozy i stadko powoli się rozrastało pasły się na mojej 30 arowej działce, dokładnie cztery lata temu poznałam właściciela działki ( 1 h) który kosił dwa razy do roku swoją łąkę. Już wtedy zaczął naciskać na mnie bym puściła do niego swoje zwierzęta, jak odmówiłam ( ponieważ było tam sporo roślin trujących) zaproponował że to co skosi mogę ususzyć i zabrać - bo jak mówił szkoda by to gniło. Wybierałam więc z miejsc gdzie nie rosły te rośliny i zbierałam sianko. Dwa lata temu skosił pastwisko i jak zawsze prosił bym sobie zebrała jak chcę. Zebrałam - czemu nie - po dwóch dniach przyszedł do mnie z awanturą, że jakim prawem zbieram siano jak nie zapłaciłam. Nie powiem nerwy mi skoczyły i już nie wytrzymałam bo potraktował mnie wyjątkowo chamsko- była spora awantura a między nami stał Tomek. Oczywiście zwróciłam mu pieniądze za paliwo ze skoszenia pastwiska ale już czułam że zaczną się problemy więc nie nastawiałam się na zbiór siana z jego pola. Rok temu przyszedł jakby nigdy nic i powiedział że jeśli zapłacę 100 zł mogę zbierać siano po skoszeniu. Zgodziłam się , siana do końca nie zebrałam bo skosił w porze deszczowej i jeszcze syn trafił do szpitala- byłam stratna ale machnęłam ręką. W lipcu przyszedł i powiedział mi bym ogrodziła sobie ten hektar bo on już kosić nie będzie, że mu się to nie opłaca i że to najlepsze co mu pasuje. Powiedziałam mu że jeśli ogrodzę teren to już bym mogła wypasać bez problemu i dogadaliśmy się bez problemowo. Tak kozy wypasały się, on nie musiał już kosić. Ja zadowolona miałam szanse na rozwój. Rozwinęłam stado. Długo jak widać się nie cieszyłam. Dwa dni temu przyszedł do mnie i powiedział bym rozebrała ogrodzenie bo on będzie jednak kosił, a jeśli od lipca chce wypasać to musze mu zapłacić. Oczywiście płacić mogę ale jedynie z papierkiem dzierżawy on oczywiście zawetował że nie będzie nic podpisywać. Mnie nerwy skoczyły i powiedziałam mu że mowy nie ma bym płaciła mu w ciemno a on po miesiącu mi się wycofa. Zdemontowałam w ciągu jednego dnia ogrodzenie z pastwiska. Nie powiem płakać aż mi się chciało, zostałam z 30 arami łąki i 20 arami totalnego ugoru za rzeką. Teraz stoję w miejscu gdzie nie wiem czy coś mnie trzyma już w tym miejscu. Straciłam możliwość rozwoju, wróciłam się do punktu wyjścia. W sobotę z Tomkiem będziemy kosić te 20 arów , ogrodzę i posieję tam trawy i koniczyny ale nie wiem czy w ogóle mi starczy to wszystko na wypas. Staje się to raczej już nie możliwe by wykarmić tyle zwierząt tak małym obszarem pastwiska. W poniedziałek pojadę do gminy by wyrazić chęć dzierżawy lasu który jest obok mojego pastwiska. Tam też będą miały coś do jedzenia ale czy to też starczy ? Mówię wam mam w głowie spakować walizki i uciekać gdzie pieprz rośnie, jak mogę łatać cały czas coś co mnie ogranicza i staje mi na drodze do rozwoju ? Nie jest to pewne ale w ciągu kilku dni dowiem się i upewnię- możliwe że od 2015 roku mam szanse dzierżawy "za grosze" 7 hektarów sąsiada mieszającego około 1 km ode mnie. Może to mnie wstrzyma przed pakowaniem się bo jeśli będzie taka możliwość jakoś ten rok przeżyjemy, będę musiała z kimś się dogadać kosić trawę gdzieś na łące i wozić dla zwierząt. Oczywiście jeden sezon tak przeżyję ale nie wyobrażam sobie by to robić parę lat, dlatego te 7 hektarów jest dla mnie szansą by nie zwariować. Myślałam nad tym na co wykorzystam tą ziemię , myślę by 1 hektar obsiać trawą i ogrodzić konkretnie pod pastwisko w okresie letnim , wybudować tam wiatę i przewozić zwierzęta tam na cały okres wypasowy. Dojeżdżać na rowerze na dojenie i karmienie. Na tych moich 50 arach i lasku ( jeśli da się go wydzierżawić ) wypasać krowę i owce. Kozy zaś wywozić.
No nie idzie mi nic tak łatwo , nie daje mi życie odetchnąć w spokoju. To miał być rok radości, taką miałam nadzieje gdy piłam lampkę szampana w Sylwestra. Tamten rok był dobry w zarobki i w tym roku miałam właśnie wspinać się do góry , ale znów ciągnie mnie los w dół.  Zaczynam tracić obraz , tracić nadzieje że będzie tutaj dobrze. Jak nie czepiający się zwierząt sąsiedzi to teraz utrata tej ziemi. Tylko facet naprawdę nie wie z kim zadarł bo ja mu teraz nie popuszczę, tym bardziej że jeśli ma wjeżdżać do siebie na pastwisko musi przejechać przez moją ziemię na co ja nie wyrażę zgody! Zrobię tak solidne ogrodzenie od tej strony że chłopina będzie musiał się wycofać lub zbudować kładkę przez rzeczkę by móc do siebie wjechać od drugiej strony. Może to wredne ale tym razem mu nie daruje!! To będzie wojna i albo polegnę albo wygram. Wychodzi ze mnie teraz chyba to co najgorsze w człowieku czyli zemsta. I nie odpuszczę.
Oczywiście jeszcze sezon się nie zaczął jak zaczęła się wojna ze sąsiadem- dwa domy dalej. Moja Tola wypasała się na działce sąsiadowej obok mojego domu ( bo tak się ugadaliśmy) oczywiście psy puszczone luzem od tego sąsiada co prowadzimy "wojny wiejskie " doleciały do niej i zaczęły ją atakować i obszczekiwać. Ona zaś nie ta co ucieka, zaczęła je atakować. Psy w popłochu zaczęły wiać do Pana a krowa za nimi. Wpadła na jego podwórko psy do budy a ta ze strachu i przerażenia zaczęła biegać w popłochu. Ja goniłam ją, Tomek przeskakiwał przez ogrodzenie łamiąc sztachety- no cyrk na kółkach. Oczywiście sąsiad z pretensjami do mnie ja do niego i znów nerwy mi puściły. Chyba zaczynam robić się nerwowa, puszczają mi i nie umiem już spokojnie rozmawiać z takimi ludźmi. Jak słyszę wyzwiska od razu ciśnienie mi skacze. W takich chwilach serio mam ochotę uciekać gdzieś gdzie będę odizolowana od ludzi.

niedziela, 30 marca 2014

Zwierzakowo

Ostatnio brak mi czasu na pisanie a wieczorami szybko zmęczenie kładzie mnie spać. Sezon zaczął się pełną parą, ogród zaczyna swoje życie a drzewa zielenieją. Od dwóch dni kwitną dzikie śliwy w sadzie, już ładnie czuć wiosną. Obsiałam już ogród marchewką wczesną, burakami, pietruszką i bobem. Od poniedziałku szykowanie kolejnych grządek bo z tego co widzę maj będzie już w kwietniu. Sok z brzozy w ilości 25 litrów chłodzi się w studni, będzie można oczyszczać swój organizm przez dłuższy czas niż rok temu. Powietrze pachnie kwiatami , czystą i soczystą zielenią. Wiosna to piękny czas ale i czas pracy porządkowej nie zawsze dającej nam radość z jej wykonywania :-) Sobota minęła pracowicie, wysprzątana została cała stajnia z materaca zimowego. Dezynfekcja i czysta ściółka. Już mnie nie denerwuje ten dywan :-) Kozy całymi dniami na pastwisku wyjadają soczysta trawkę która już puszcza.

 Maluchy :)





 
 
 Tola już jest postawną jałówką, ostatnio odwiedziła nas Inspekcja Weterynaryjna by podać jej szczepionkę przeciw gruźlicy i pobrać krew do badania. Sprawdzić w jakich warunkach żyje. W lipcu przejdzie pierwszą inseminację i wtedy będziemy już tylko czekać na narodziny :)
 

Kilka dni temu odjechała Gwiazdka do nowych właścicieli, dołączy do Mani krewniaczki :)
Pozdrawiam!

piątek, 21 marca 2014

Maluchem być :)

Dziś zaskoczenie , radość ogromna z pierwszego wykotu i do tego dziewczynka! Kurcze ale się cieszę :)))) Będzie do dalszej hodowli kolejna łowieczka kuleczka :D


Od dwóch dni mamy takie słoneczko i rozpieszczającą nas pogodę, że nawet szczenięta z zaciekawieniem wyłoniły się ze swojej "dziupli" :)




Cóż za pozytywizm :-D Pozdrawiam

poniedziałek, 17 marca 2014

Sianem po plecach!

Można powiedzieć, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Zawsze jest działanie jest skutek i są konsekwencje. Z takimi konsekwencjami zmierzam się nie raz w swoim życiu ale przecież na tym polega życie. Nadeszły chłodne dni, wieje i pada - skutkiem jest moknięcie na deszczu, wywiewanie mnie z podwórka :) Dobrze! - deszcz jest potrzebny, trawa szybciej ruszy jednak przy pracach zwykłych codziennych taki wiatr nie jest czymś oczekiwanym. Nie powiem- łeb chce urwać! Znów pokazało się błotko które przecież tak kocham, no normalnie tęsknię za nim w suche dni!
W sobotę przyjechało siano i słoma- nowa dostawa gdyż moje panice pochłaniają go w niezmierzonych ilościach. Mogę ograniczyć zboże bo przecież nie jestem ukierunkowana na eksploatację maksymalną na mleko ale siana zabraniać im nie mogę, trzeba było zamówić. Przyjechało- ja w tym momencie byłam w mieście gdzie córka pierwszy raz upajała się będąc w centrum uwagi fryzjerki. Nie powiem ładnie ją ostrzygła i spędziła przy niej całą godzinę rozpieszczając zachwyconą księżniczkę. Ja za to w tym czasie rozmawiałam z babcią przy kawie o smutkach jakie ją trapią bo oczywiście z wnuczką u fryzjera był dziadek jako sponsor na Dzień Kobiet. Gdy wróciłam siano już czekało i na pech trochę zmokło, szybko przebrałam się by ulokować je w stodole. I tu zaczął się koszmar, nie pamiętam kiedy byłabym tak zmęczona jak wtedy. Siano w bali i słoma też, z tych dużych ważących po pół tony. Dość spory kawałek trzeba było je po prostu turlać do stodoły pokonując lekkie ale przy takiej wadze dość spore górki z kamieni jakimi są wyścielane podejścia do stodoły. Jestem silna ale to już dla mnie było ekstremalny wysiłek. Co udało mi się taką bal rozhuśtać i popchnąć ona wracała zdwojoną siłą na mnie, zaparłam się i całą złością jaką miałam w sobie przeturlałam je do stodoły. Podpierałam bal na udzie drugą nogą zaś parłam do przodu. Na pech było błoto więc jazda bez trzymanki. Stałam tak i zastanawiałam się jak ja je teraz położę ale wpierw przecięłam linki by zdjąć wierzchnią ubłoconą warstwę później oparłam się tyłkiem  na belkach i nogami pchałam ile miałam sił w nogach. Tak więc udało mi się wykonać tę pracę która powiem szczerze była dla mnie absolutnym wyzwaniem fizycznym, później odpady na taczkę i wywoziłam żmudnie w  inne miejsce by w suche dni móc spalić. Na obornik siano się po prostu nie nadaje. Tak prace zaczęłam około 16 skończyłam o 22 miedzy czasie dojąc kozy , karmiąc maluchy itd. Zadowolona ale strasznie zmęczona wieczorem siedziałam z obolałym barkiem. Myślałam że minie ale niestety okazało się że zwichnęłam bark i ból na drugi dzień już był silniejszy. Teraz okłady i męczenie się z tym obciążeniem bo praca nie niknie na takiej gospodarce jak jestem chora czy obolała. Swoje trzeba po prostu zrobić , czy boli czy nie boli.
Siano ze słomą dało mi w kość.
Maluchy rosną, jak na razie padł mi aparat więc zdjęcia w kolejnym poście. Powiem szczerze że jeszcze takich koźląt u siebie nie miałam, tyle z nich radości co nie miara. Przytulaśne, cieszą się jak mnie widzą- ogonki zapierdzielają jak u rozbawionego psa :) I jeszcze każde trzeba wygłaskać, wymiziać, wyprzytulać, wycałować bo przecież by inaczej się nie dało :) Szczerze powiem, że jak już odjadą do nowych właścicieli uronię łzę oj uronię, nigdy się tak jeszcze mocno nie przyzwyczaiłam do koźląt. Jednak złapały geny po Bogusiu, bo ta rasa właśnie tak mocno pragnie kontaktu z ludźmi. One nie są wstanie żyć bez kontaktu z człowiekiem - takie już są i może dlatego ta rasa tak rośnie na popularności. Bo przecież takie kozy w swojej zagrodzie to skarb, gdy nie uciekają, nie boją się ludzi i chcą być nas blisko. Chyba ich "płacz" gdy wychodzę jest najtrudniejszy do przeżycia. Płaczą tak głośno że nie raz aż wracam się po kilka razy do nich :) Małe spryciary :)
Czarnulka już całkiem zdrowa gdyby nie patrząc na przepuklinę. Bardzo dobrze sobie radę daje, nawet ustawiać kozy na nowo jej się zachciewa. Jednak ja pilnuję ją i lokuję tylko z łagodnymi kozami bo przecież mimo wszystko przepuklina to przepuklina. Jej słaby punkt. Prawdopodobnie mam dla niej dom, okaże się za parę dni. I może jesienią będzie w spokojnym i pewnym zaciszu wśród dobrych ludzi którzy na pewno o nią zadbają. Okaże się, będzie pewne -dam znać :) I tak znów uciekam do pracy na ten wiatr i deszcz i jakoś mi tak raźno znów wyprzytulać moje maluszki :) Pozdrawiam i witam nowych obserwatorów bardzo serdecznie!

poniedziałek, 10 marca 2014

W podziękowaniu dla Gabrysi !!!!

Są tacy ludzie których prosić nie trzeba, wiedzą kiedy pomóc i czy dana osoba tego potrzebuje choć słowem się nie odezwie. Rzecz jasna piszę tutaj o Gabrysi z bloga Archanioły i Ludzie która nawet nie pytając czy potrzebna mi jest jej pomoc dokładnie wypytała się mnie jak powinien wyglądać ten gorset. Po trzech dniach doszła paczka od niej w której znajdował się własnoręcznie przez nią uszyty gorset ściągający dla Czarnulki. Nie wyobrażacie sobie jak jestem jej wdzięczna, poświęciła weekend by ulżyć mi w pracy a także domyśliła się jak ciężko mi jechać do miasta choć na dwie -trzy godziny by poszukać odpowiedniego materiału a później szyć w domu po nocach. Oczywiście kozula jest bardziej wdzięczna niż ja ponieważ widzę jaką daje ten gorset jej ulgę. Ochrona dla delikatnej naciągniętej skóry i brak obciążenia po jednej stronie daje jej komfort. Tak więc Gabrysiu kochana bardzo Ci dziękujemy za ten twój wspaniały gest i za poświęcony czas !!!!!!
O to nasza modelka :)

 Pas wiązany jest bandażem elastycznym zapewnia to komfort elastyczności gorsetu jak i nie ma ryzyka obstarć na kręgosłupie. Czarnulka jak widać dobrzeje i wraca do formy :) Pozdrawiam

sobota, 8 marca 2014

Słoneczny dzień- niestracony dzień

Dziś po kilku dniach pochmurnych i zimnych nadszedł dzień w którym słoneczko i ciepło nas rozpieściło. Pięknie było, prawdziwie wiosennie i przyjemnie :) Aż z "sercem na dłoni" szłam rano do pracy, pracy na ogrodzie, okólniku i przy zwierzętach. Po całodniowych pracach przyszedł czas na godzinkę odpoczynku więc pisze post recenzjalny :) Dziś zrobiłam porządek przy oborniku by było miejsce na wywóz zimowego materaca ze stajni, miedzy czasie Tomek zrobił mi inspekt na nowalijki. Jak widać na zdjęciu foliowiec czeka na nową folię choć nie jest to pewne czy nie zostanie rozebrany, gdyż jest spora szansa że powstanie nowy 12 metrowy na polu - na pomidory, długie zielone ogórki i paprykę. W tym miejscu gdzie jest stary mam zamiar w tym roku posadzić ziemniaki. Tak by były młode na okres letni dla nas bo zbyt dużo miejsca nie ma. Kiedyś połowę ogrodu obsadziłam sadzeniakami ale ziemia jeszcze wtedy była zbita i bardzo ciężka i zamiast ziemniaków miałam kilka sadzeniaków.  Po 4 latach pracy nad glebą jest już o wiele lżejsza i przepuszczalna to i pod ziemniaka się nada. Oczywiście nie tylko uprawa i obornik ją wzbogaciły i zmieniły ale i stosowane EM-y które polecam z całego serca! Jak widzicie ziemia przykryta jest słomą, w tym roku nie będę szaleć z przyśpieszania gdyż obniży to wzrost chwastów a ja spokojnie będę grządka po grządce odkrywać ziemię i siać. W inspekcie posiałam sałatę i rzodkiewkę by szybciej cieszyć się ich smakiem :) Oczywiście wśród drzew wygrabiłam trawę i posprzątałam połamane gałęzie.


Między czasie odsłoniłam w ogrodzie kwiatowym ziemię  która była uścielana słomą , krzaki odkryłam od osłon a ziemie zruszyłam. Pierwsze kwiaty i paczki pięknie ruszyły :)  Największą frajdę dziś miałam ze zrobienia placu zabaw dla koźląt. Popytałam sąsiadów i okazało się że mój sąsiad ma kilka sporych opon mu nie potrzebnych co bardzo mnie ucieszyło i jego że może się ich pozbyć. Tomek podawał mi przez ogrodzenie a ja układałam je w oto taki stosik. Od największej do najmniejszej by mogły po nich skakać i figlować. Nie wiedziałam że im się to tak spodoba, zabawy miały po pas :)

 
 
Kozy ( matki) cały dzień pasły się na pastwisku a dzieci się bawiły beztrosko co chwile wołając mnie by butle przynieść :)) Poprawiłam dziś linki pastucha kilka wymieniłam na nowe i już ode chciało się kozicom i owcom wyłazić na posesje sąsiadów :))) A ja już spokojnie mogłam nakarmić moje dzieci domowe hehhe i męża rzecz jasna :) Teraz uciekam doić , karmić maleństwa i ich matki by wieczorem móc odpocząć i się zrelaksować obmyślając plan na kolejne dni :)) Pozdrawiam
 
Ps. Czarnulka dochodzi do siebie, dziś pasła się z innymi kozami więc jest to bardzo dobry znak :)

środa, 5 marca 2014

Z biegu :)

Ale miałam dzień!!!! W sumie połowy nie pamiętam bo po południu zaczęło się ganianie po podwórzu.Z całej akcji mycia kozy ( Czarnulki która dostała ostrej biegunki plus ta wydzielina z dróg rodnych) po karmienie maluchów co się tak darły jak mnie widziały jak by je mordowano. Z całej tej akcji o mało bym nie przegapiła odbioru antybiotyków. Gnałam przez wsie jak postrzelona samochodem. Po powrocie aplikacja leków do mięśniowo- kurczę ale to było gęste, jak się te kozy darły. Aż mnie przeszyło!!!! Czarnulka i Maja dostały to samo, Maja dziś miała niepokojącą wydzielinę podobną jak ma Czarnulka.  Tak więc obie dostały antybiotyk i oksytocynę. Córka Mai też dostała antybiotyk bo od dwóch dni pokasływała - chyba ją zawiało i nie mam zamiaru ryzykować. Kozy ogólnie mają się dobrze, Czarnulka po wczorajszym moim eliksirze stanęła na nogi. Chyba powinnam to opatentować hehhehehhe :) Dziś chodziła, była "kumata" i na pastwisku jadła sobie trawkę. Ok, cieszyłam się rano jak ją zobaczyłam, ulga to dobre słowo co czułam otwierając drzwi stajni. Mimo problemów ( a ich nigdy nie brakuje jak się hoduje zwierzęta) cieszy mnie każdy dzień z maluchami, nie powiem martwię się strasznie o koziołki. Nie wiem czy znajdę kupców na nie a na ubój takie koziołki no normalnie się nie nadają!! Szukam więc im domów, dobrych domów i mam nadzieje że je znajdę. Kózki sprzedane są zanim się urodzą koziołki jednak mają ciężki los. Tym razem mi ciężej bo te maluchy są po prostu tak kontaktowe że nie da się do nich nie przywiązać!!!! Obiegnę jednak od ciężkiego tematu i chce pochwalić się maluszkami od Luny. Mówię wam jakie to grubasy, ledwie to się rusza :) Śpią i jedzą , jedzą i śpią no i tyją !!! :)


Pozdrawiam pozytywniej :D

wtorek, 4 marca 2014

Kalejdoskop

Jak to w życiu, nie może być dobrze musi się zawsze coś sp.....ć. Już było dobrze, nawet dziś przyszła paczka od Gabrysi z bloga "Archanioły i ludzie", specjalnie przez nią uszyta szatka dla Czarnulki która miała spiąć ją w pasie. Za co jej bardzo dziękuję !!! Było dobrze do popołudniowych godzin gdy z minutę na minutę smutniała, chowała się w kątach, nie reagowała na nawołania jej córci- Malutkiej. Najeżona i markotna leżała i nie chciała wstać. Dałam jej owsa- ledwie co skubnęła, zmierzyłam więc gorączkę i tu był pies pogrzebany. Gorączka wysoka- dałam jej na zbicie i zadzwoniłam po weta- oczywiście dziś nie mógł przyjechać. Jutro mam jechać rano po antybiotyki do niego, podejrzewam że to stan zapalny macicy. Wydala z dróg rodnych biało-krwistą ciecz, normalnie powinna się oczyszczać ale to jest kremowe. Zapach niby nie ropny ale jednak sam kolor mówi za siebie. Podałam jej wapno i witaminy z domieszką magnezu, potasu, witaminy K i żelaza. I czekam do jutra. To czekanie mnie zaczyna strasznie irytować, nie wiem ale jeśli ja byłabym wetem po prostu bym przyjechała by pomóc natychmiastowo. Pewnie bym na tym nie zarabiała ale zdrowie zwierzęcia jest ważniejsze niż ilość banknotów w portfelu. Mój wet jest dobry w tym co robi ale złapać go to cud. Mam nadzieje że ją z tego wyciągnę bo nie wyobrażam sobie innego finału. A tak poza tym brakuje mi rąk do pracy, gonię za pracą jak pies za ogonem. Od rana na nogach do późnego wieczoru. Zjeść czasu nie ma a jak jestem już w domu to gotuję, sprzątam i piorę. Odczuwam brak haremowego karmidła do pojenia koźląt, jak jedno ssie butle drugie włazi mi na głowę, trzecie odganiam ręką by nie przeszkadzało temu co pije i między czasie czwarte ssie mi palce. Każde chce, każde woła a ja jedna :) Nie powiem moment karmienia maluchów jest dla mnie ulubionym , te machające ogonki mnie powalają :) Zabiera mi to sporo czasu a resztę nie da się nie zrobić. Na przykład pech spalenia się żarnika w oświetleniu w stajni , po ciemku to nie praca tylko wariacje co wynikiem było wbicie sobie ( jakim cudem? nie wiem!) wideł w udo. Oj bolało ale zmotywowało mnie wleźć na drabinę i przeciągnięcie kabla i zamontowanie lampy na żarówkę. No mam normalne światło!! :) Jak człowieka weźmie cholera to i zrobi coś na czym się nie zna hehhehe Nie powiem stracha to ja miałam, by nie spalić wszystkiego :) Ale udało się, dało radę ? Dało! Chyba powinnam zaopatrzyć sobie apteczkę w zastrzyk przeciw tężcowi,  jakiego ja mam pecha to głowa za mała :) Ze zmęczenia człowiek robi różne głupie rzeczy, a to coś walnie gdzie popadnie i szuka tego jak głupek później albo położy grabie na ziemi a później w nie wdepnie i niczym komediowy idiota zszokowany rozgląda się co go walnęło w głowę :D Takie durnoty to ja potrafię robić!!! Jednak cały dzień w pracy, jedzenie w biegu między czasie obwiązki domowe i odpoczynek dopiero przed 22 daje swoje znaki. Jednak chyba nic mnie tak nie zadawala jak dobrze wypełniony dzień pracą, brakuje mi tylko słońca i ciepła. Tego mi brak, łatwiej się pracuje w cieple i kwitnącej wiośnie niż w pejzażu jesiennym gdzie zimno mroczno i wilgotno.
Pozdrawiam

poniedziałek, 3 marca 2014

Pan "W" (wuuuu)

I dziś dołączył nowy członek stada, owczego stada. Będzie sprawował rolę zapładniacza :-D
Byle by odchować go teraz , doszła kolejną gębka do butelkowego karmienia, i jak dobrze określił to Jakub - pasibrzuch z niego okropny. Jadł by i jadł :)) Fajny z niego kudłacz, chodzi za mną jak przylepa i beczy gdy mnie nie widzi. Za to dzieci radość miały z niego ogromną. Tuliły, głaskały i podziwiały jego wyczyny jak się przedrzeć przez ogrodzenie by dostać się do butli pełnej mleka. Czuja to ma chłopak jak nic! Kozy ze zdziwieniem patrzyły na to czarne małe krzykliwe dziwo! Ciężko było mu zrobić zdjęcie bo wciąż wskakiwał mi na kolana :) Mały sprytny kurdupelek :)


 
Oczywiście nie tylko on lubi podgryzać :)
 


 
Oczywiście reszta stała się strasznie zazdrosna i wciskała się we mnie jakby mnie cały dzień nie widziały :)


Wieczorne karmienie musiało odbyć się w domu, córka by mi nie darowała :))))

I tak kolejne stadko się rozwija :)) Pozdrawiam

ps. Czy ja kiedyś przestanę ????? Chyba nie :))))

Cynamon stanie się mężczyzną :)


Cynamonek 25% alpejski 50 % Anglonubijski przystojniak pojechał dziś do Roberta. Robert mieszka wraz z żoną z synem i córką za Warszawą. Robert jako głowa rodziny pracuje w Dani między czasie remontując dom i hodując zwierzęta w raz z żoną na swoim gospodarstwie. Siedzieliśmy przy kawie i rozmawialiśmy ponad dwie godziny. Mimo iż Robert jest ode mnie starszy i ma już nastoletniego syna z którym był u mnie, mieliśmy wiele wspólnego. Identycznie jak my przeprowadzili się z miasta na wieś, zaczęli wszystko od początku idąc trudem hodowli i uprawy ziemi. Jestem pełna podziwu jego zaangażowania w swoją pracę i pasję, miło jest spotkać kogoś z kim można po prostu swobodnie porozmawiać i mieć o czym :) Pozdrawiam więc i jego i całą jego pracowitą rodzinę i życzę im by każdy ich cel był na wyciagnięcie ręki.
Cynamonek strasznie rozpaczał całą drogę, jego mamie otarłam łzy bo roniła je gdy odjeżdżał. Jeśli ktoś mi kiedykolwiek powie, że zwierzęta nie kochają powiem mu że jest "baranim łbem!" bez obrazy dla baranów :D Cynamonka do teraz rozpacza w stajni i pewnie minie kilka dni zanim się przyzwyczai, że jej synka już nie ma. Szkoda mi jej bardzo ale taka kolej rzeczy. Cieszy mnie najbardziej to że Cynamon dołączy do całej reszty (wcześniejszych) koźląt które trafiły w dobre ręce. Zdziwieniem jest dla chętnych gdy nie znając kogoś proszę o zdjęcia wnętrza stajni i kóz jakie owa osoba posiada. Tylko dlaczego mam tego nie wymagać? Jeśli ja dbam o kozy w ciąży, dbam o koźlęta, oddając je komuś do ręki chcę wiedzieć w jakie idzie warunki. Czy będzie mu dobrze, czy nie obejdą go  jakieś paskudztwa od brudu, że po prostu będzie miał godne życie. Wiem że może nie żyć do pełnej starości ale jeśli ma już spełniać się jako reproduktor chcę by warunki były właściwe. Nie sprzedam koźląt dla pieniędzy, oczywiście jest to rekompensata kosztów jakie poniosłam by wyrosły na ładne i dorodne kozy/kozły ale nie jest to moim celem by ich kosztem zarabiać. I tym razem jestem spokojna, choć nie powiem łezka zakręciła mi się w oku gdy odjeżdżali. Zawsze zostaje mi w sercu pustka którą wypełniam kolejną miłością do tych małych łobuzów :) Niech się chowa zdrowo i da piękne potomstwo! :) Pozdrawiam

sobota, 1 marca 2014

Pozytywnie

Kocham cię Mamusiu


 
Maleńka z mamą Czarnulką
Córki Basi


 

 
 

Maleńka


Mela
 



Czarnulka

Czarnulka, widać na brzuchu przepuklinę od tylnej nogi do przedniej.
Czarna dochodzi do siebie, wychodzi już na dwór i ma ładny apetyty. Zbiera siły. Po tych ostatnich dniach zmęczenie sięgnął zenitu, pewnie i emocje miały swoją rolę. Wczoraj dodając zdjęcia zasnęłam przy komputerze na krześle heheh po dwóch godzinach obudziłam się spadając na podłogę :) To się nazywa twardy sen hihihiih. Maluchy karmione co 4 godziny chodzą za mną jak za mamusią :) Lubię z nimi przebywać, pracy też nie mało. Ale dajemy radę i do przodu :)) Jakoś trzeba iść dalej otrząsnąć się i działać. Kontaktowałam się z dr. hab. Jarosławem Kabą w sprawie Czarnulki, zapewnił mnie że koza może spokojnie żyć z przepukliną i zna przypadki kiedy wielokrotnie rodziły. Ja jednak nie będę ryzykować. Teraz czas na jej rekonwalescencję. Słoneczko świeci, pierwsze przebiśniegi kwitną , nic tylko się uśmiechnąć do życia :) Pozdrawiam